Mleczna zielona?

Trafiła mi się taka oto herbata. Mianowicie wrzuciłem ją do koszyka bo zaciekawiła mnie nazwa. Mleczny ulung. O ile sama herbata oolong jest mi znana to mlecznej raczej wcześniej nie spotkałem.

Ooloong sam w sobie to nie „gatunek” a metoda obróbki, przygotowywania. Wszystkie bowiem herbaty, które mamy na półkach to pochodna herbaty chińskiej, której sadzonki rozjechały się po świecie, aż do Afryki. Zielona to naturalnie wysuszone liście, czasem poddane minimalnemu utlenianiu. Herbata czarna to herbata już poddana bardziej ekstremalnym procesom. Zasadniczo nie ma pewności czy owa „mleczna” herbata pochodzi z Chin, Tajwanu czy innego regionu. Nie jest to jednak najważniejsze. Tutaj i tak jest jakoby lankijska 🙂

Przystąpmy do degustacji. Po otworzeniu paczuszki kuchnia i nos wypełniają się chemicznym aromatem czegoś co przypomina gumę balonową. Nie jest to zapach mleka żadnego ze znanych mi zwierząt, choć przyznaję że mleka jaka czy owcy nie piłem i nie zamierzam. Poza tym uważam bowiem, że wlewanie do herbaty tej białej lury wyciśniętej z krowy czy innego ssaka, jest przejawem barbarzyństwa. Dalej.

Herbatka roztacza woń, której nie roztacza żaden inny herbaciany susz. Początkowo przyjemny już po chwili mdli. Napar jest jasny, zbyt jasny. Ciężko doszukać się charakterystycznej dla oolongów barwy. Pierwszy łyk. Dosypany aromat jest słodki. Ewidentnie wpływa i dominuje smak herbaty. Pokój wypełnia się zapachem słodyczy. Aromat ten jest mi znany. Ten sam składnik został wykorzystany do aromatyzowania dość drogiej importowanej przez rosyjską firmę herbaty, która sama w sobie była by świetna, gdyby nie ów słodkawy dodatek. Dodam, że była to herbata czarna.

Wypijam cały kubek i zaparzam sobie Remsey. To taka dość tania herbata z Kenii, którą można dostać w Biedronce. Zdecydowanie lepsza a czymś trzeba spłukać paskudny „aromat” powyższego dzieła.

Na zakończenie, ostatnio pojawia się dużo, często drogich herbat, które są zwyczajnie nie do wypicia ze względu na podejrzany 1% aromatu. O ile jednak firma taka jak Ahmad, zamieszcza iż jest to aromat bergamotki, ten sam, który służy tworzeniu naparu Earl Grey, to wielu producentów zwyczajnie nie podaje czymże ten aromat jest. Przez co czasem dzieją się dziwne rzeczy.
Z innych ciekawostek, zawsze nurtowało mnie, czemu na niektórych opakowaniach herbaty Ahmad, która jakoby ma siedzibę w Londynie główny opis brzmi черный чай в пакетиках, с ароматом бергамота. 🙂
O ile aromat bergamotki jestem w stanie zaakceptować – 1%, to nie tak wiele, to pozostałych dziwacznych już nie.
Podsumowując: twór dziwny i niesmaczny. Istnieje gdzieś na świecie prawdziwy „mleczny oolong” ale to nim nie jest 🙂

Na koniec jeszcze taka rzecz:

Wiele herbacianych portali podaje iż herbaty są fermentowane, czyli utlenianiu. Z chemii piątki nie miałem, ale fermentacja to raczej nie oksydacja o czym opowiem następnym razem.

Bezpieczna Europa…

2016 – 2993 osoby.

2016 – 5000 osób.

Tyle osób zginęło w wypadkach drogowych, tyle osób odebrało sobie życie. W Polsce. Nikt nie ucierpiał w wyniku zamachu terrorystycznego. Jeszcze nie tak dawno, zamachy były dla obywateli naszego kraju zupełną abstrakcją. A to jacyś Irlandczycy wysadzali jakichś Brytyjczyków, a to Hiszpanie swoich rodaków, ewentualnie francuscy winiarze podłożyli gdzieś bombę czy porwali cysternę, albo jakiś wariat z karabinem wystrzelał dzieciaki na obozie. Czasem Japończycy coś tam zagazowali. Tak czy siak, nikogo tutaj to nie obchodziło. U nas po prostu ludzie ginęli z innych powodów.
Zasadniczo nie licząc zamachu na WTC, wszystkie „nasze” ugrupowanie terrorystyczne były dużo skuteczniejsze od wszystkich zamachów dokonanych przez siły „muzułmańskie”.

Podpunkt A

Europa nie jest bezpiecznym miejscem. Nigdy nie była. Cały czas ktoś się wysadza, dokonuje zamachów, strzela i podpala. Koniec podpunktu A.

Podpunkt B

Dzięki zewnętrznemu zagrożeniu jakim jest dżihadystyczny Islam, udało się stworzyć prawdziwe poczucie zagrożenia. Co bowiem mieli do nas kolesie z IRA, ETA czy innych organizacji o trój literowych skrótach? Nic. Po prostu nie było sensu straszyć nas tymi ludźmi. Nie dziwcie się też, że Hiszpanie, Anglicy, czy Francuzi nadal sprowadzają imigrantów. Ciągle żyją ludzie, którzy pamiętają czasy świetności różnych ugrupowań i różne wybuchy. Wielu uważa, że to przez lewackie ogłupienie Zachodu. Wiesz, jak wisi nad tobą groźba wybuchu przez 24 godziny na dobę, od wielu lat, to przestajesz się tym tak bardzo przejmować.

Podpunkt C

Który powinien być A. Bez względu na to co kto robi, bezsensowne zabijanie się i nienawiść jest dla mnie tam samo chora w każdym wydaniu. Cóż, widać ludzie nie potrafią żyć bez przemocy, nienawiści i zabijania? W utopii jest nudno.
Wolałbym też by nie było fotografów wojennych, których istnienie dyktuje istnienie wojen. Jednak skoro to się dobrze sprzedaje…to czemu nie każdy ma na wojnie skorzystać :/

Podpunkt D

Nikogo nie wybielam. Jakkolwiek rasistowsko to brzmi. Po prostu fala strachu rośnie… bardziej niż wcześniej.

 

Źródła fotografii

http://www.independent.co.uk

 

Podzielę się z wami książką / let me share a book with you

Ok, dziś seria książek reporterskich o reporterach.

Będzie to zatem zbiór opowieści o dziennikarzach, w znacznej mierze fotoreporterach. Jedne są autobiograficzne inne typowo dokumentalne, ale wszystkie mają wspólny mianownik. Pewnie szybko zauważycie, że znaczna część dotyczy fotografów wojennych. Książki napisane przez fotografów mody się zdarzają, ich biografie. Jednak jakoś nie oczekiwałbym aby bestselerem stała się książka o życiu fotografa produktowego.

Mój numer jeden

Moja historia fotografii prasowej„. Johna G. Morrisa. Książka jest autobiograficzna i możliwe że jest trochę po podkoloryzowana. Nawet jeśli, to całkiem dobrze czyta się historię „od kuchni” powstawania „wielkich fotografii XX wieku”.

John Morris nie był fotografem a fotoedytorem. Pracował z takimi osobami Jak Robert Capa, Carter – Bresson i w takich redakcjach jak Life. Jak każda biografia a tym bardziej autobiografia wymaga pewnego dystansu co do zasług „głównego bohatera” ale i tak warto ją przeczytać. Głównie dla perspektywy. W końcu nie jest to relacja frontowa a z zaplecza. Choć uprzedzam od razu – nie ma tam za wiele o siedzeniu w ciemni 🙂 Jest to raczej opowieść o współpracy z czasopismami, fotografami i redakcjami.

Książkę warto przeczytać też z innego powodu. Mianowicie dziś, gdy wielu z nas narzeka na przesyt podaży na rynku fotograficznym dowie się, że było tak bez mała od II Wojny Światowej. Fotografia już wtedy była na tyle powszechna, że konkurencja wśród fotoreporterów narastała, w następnych latach by przetrwać na rynku zaczęły powstawać agencje – Morris partycypował w słynnym Magnum – dochody nie były kolosalne. Książka świetnie pokazuje, że rynek fotografii zawsze był trudny, chętnych do takiej pracy wielu a przetrwają najwytrwalsi. Dziś wprawdzie fotografia prasowa zanikła ale też w tamtych czasach fotografia żywności czy wnętrz nie była prawie w ogóle popularna. Zatem polecam każdemu, zwłaszcza fanom fotografii prasowej. 

Nie mogło zabraknąć Bang Bang Club

Chyba jedna z popularniejszych książek o fotoreporterach. Większość osób zna kilka słynnych zdjęć, które przyzbyły do nas z wojny domowej w RPA ale nie każdy zdaje sobie sprawę kto i gdzie je wykonał. Dziecko i sęp, płonący człowiek uderzany maczetą… To fotografie, które przyniosły swym twórcom prestiżową nagrodę Pulitzera i rozpoczęły burzliwą dyskusję na temat moralności wykonywania takich zdjęć. Która do dyskusja już dogasła, zdjęcia są ok, dostają nagrody. Ważne że się dzieje. Mniejsza o to.  Autorami są dwaj pozostali przy życiu fotograficy „bractwa”. Greg Marinovich i Joao Sliva. Prz czym trzeba wam wiedzieć, że ostatni stracił obie nogi i to chyba nie tak dawno. Z lat graniczących z rokiem 1995 pamiętam coś o wojnie na Bałkanach, natomiast  żadnych wzmianek o RPA i upadku Apartheidu.  Miałem wtedy jakieś 7 lat – zatem mam prawo nie pamiętać 😀 Warto przeczytać, Z kliku powodów. Głównie po to by pamiętać, że fotografia wojenna to nie tylko Nachtwey. By zastanowić się czemu tak bardzo lubimy oglądać zdjęcia śmierci zarejestrowane daleko, daleko stąd, w krajach które istnieją tylko dzięki przekazom medialnym. Bo czy ktokolwiek wykonał zdjęcie ciał po zamachach w Europie? Nie? Dziwne. Oraz by mieć świadomość, że konflikty mają miejsce wszędzie na świecie. Niektóre po prostu są ukryte.

Tej pani nie znałem

Muszę przyznać, że zdjęć tej pani w ogóle nie kojarzę. Dlatego zobaczywszy książkę w księgarni kupiłem sobie bez większego wahania. Podobnie jak poprzednie ta pozycja również jest  autobiografią, ale trochę inną.  Definitywnie jest bardziej…osobista, emocjonalna. Mniej w niej fotografii wojennej a zdecydowanie więcej osobistych przeżyć. Nawet jeśli w poprzednich się to przejawia, to ciężko do odczuć. Tutaj jest inaczej. Autorka – Linsey Addario – kładzie bardzo duży nacisk na swoje subiektywne odczucia, które towarzyszą fotografowi wojennemu w każdej chwili. Jedna jest to zupełnie inny punkt widzenia niż ten zaprezentowany przez Marinovicha. 

Opowieści z Polski

Seria wywiadów z polskimi korespondentami wojennymi. Oczywiście z całej książki fotograficy powinni na „dzień dobry” przeczytać wywiad z Krzysztofem Millerem, którego fotografia znajduje się na tylnej okładce „Bang Bang Club” W zasadzie nic więcej nie trzeba tu dodawać. Brać i czytać.

 

 

 

 

 

 

To jeszcze nie koniec:

Książek o fotoreporterach, czy fotografach jest mnóstwo. Można z nich stworzyć wpis, który bez mała sam stanie się książką, ale póki co wybrałem cztery które aktualnie są „moje ulubione”.

 

Ok, today some documentary about documentalists.

My number one

It is autobiography of John. G. Morris, who was photoeditor not a photographer. However i`ve decided to place his book here, among others about. This is one of those books, that i have bought because of title. That was time, when i was fascinated by press photography and being photojournalist. And here on shelfs is autobiography of man i`ve never heard before. Who is photoeditor? Who was photoeditor in golden age of press photography?

That man was working with Capa, Bresson, „Chim” Seymur, in Life or Ladie`s Home Journal. He was there when, famous Magnum Photo Agency was created. When Capa’s shots from Normandy were „overheated”. But there is more in this book. It shows that life o photographer never was easy. Now we think that „back there in better times”.. there was no better times. They never were famous and rich. There was to many talented photographers ince World War II and 35 mm camera. Yeh, there was more work for press. It was more ambitious. But also who heard of interior photographers, product, food, lifestyle?

However it is one of my favorite books about photographs, toled form „backstage”.

Bang Bang Club – „must be”

Everybody knows „Bang Bang Club”. Most photographers know famous shots made by them. Child and  vulture, burning man hit by panga. As i remember those shots made it`s creators famous, gave them Pulitzer prize and stared discussion about morality. Once again of course, discantus passed away, now most popular shots are those of dead children bodies and everything is fine again.
I don’t remember any news from South Africa. There is something in my memory about balkan war but nothing about Africa. I was 6 or 7 years old. I can to not remember it 🙂
However it is worth to read for two reasons. There is always war somewhere in the World and that we like to watch „far far away death”. There was few terrorist attacks in Europe. Has anybody taken any shots of bodies? No? Why? We like to see dead bodies, moment of murdering somebody… aaa but not here. Far far away, in place that exist only thanks to media.

I did not know her…

I’ve never heard about Linsey Addario. However she is quite well war photographer. So when i saw that book… just bought it. And here is what i can tell you.
Her autobiography is different because of personal emotions. There is more about her personal life than in others war photographers biographies. She is not ashamed of them. For example after lecture of Bang Bang Club i tough that they were talking about war only. Here we have much, much more personal emotions. That book is just intimate. It is very good to have another point of view.

Stories from Poland

There are many interviews with war journalists in this particular book. But in this compilation only one is important. With Krzysztof Miller. His photography is at the back of Bang Bang Club book, he is one most famous Polish war photographer and photographers, so…all i need to say is: take and read.

This is not and

I could made book long post about books and photogrpher. Here are just those which i considering as my favorite.  If you want more: try some google 😉

Jeśli czegoś mi brakuje…

Był niegdyś taki magazyn który ukazywał pod jakże prozaiczną nazwą „Foto”

Był to magazyn przeznaczony dla Fotografów. Być może nie był idealny, brakowało mu dobrego DTP, nie był tak atrakcyjny wizualnie jak zachodnie przedruki. Był jednak merytoryczny, prezentował świetną fotografię i dawał do myślenia.

Sztuka fotograficzna

Magazyn prezentował Sztukę. To nie była bezmyślna kalka, która atakowała czytelnika sloganem „jak system X sprawił, że jestem lepszym fotografem” albo kolejny infantylny tekst na temat fotografii mody, sportu albo żywności. Być może nie był tak atrakcyjny wizualnie jak pozostałe na rynku pozycje oraz wszelkiej maści strony WWW. Siłą tego czasopisma była właśnie prezentowana fotografia oraz bogaty zasób słownictwa redaktorów. Bo teraz to mam wrażenie, że otwierając portal X zaraz trafię na słowo „sensualny”*.

Jest to naturalnie odrobina narzekania, bo w zasadzie nie ma już co czytać 🙂
Prezentacje portfolio są nadal dobrym pomysłem, bo można znaleźć ciekawego twórcę, którego warsztat coś wniesie do naszej twórczości. Większość porusza się jednak w bezpiecznym zakresie ładnych ludzi, modelek, mody odrobiny architektury. Mało który portal miałby dzisiaj odwagę zapuścić się w niebezpieczne rejony fotografii jak zrobił to Andre Rouille w swojej książce o jakże oryginalnym tytule „Fotografia”. Już samo zaprezentowanie fotografii – nagradzanej swoją drogą – pary rosyjskich homoseksualistów – Jak to czytam na głos brzmi jak specyfikacja cyborga. Jakoś tak nieludzko – wywołało dyskusję o charakterze: dwie dziewczynki są seksi hehehe, ale dwóch pedałów?! Obrzydliwe! 

I zaprezentuj tu komuś coś więcej niż nagie wyretuszowane kobiety. Z drugiej strony po co w ogóle zabiegać o dyskusję, skoro i tak skończy się tak:

  • Chujowe, jestem na NIE – krytyk
  • To spierdalaj – odpowiedź twórcy

I być może właśnie dlatego brakuje mi papierowego, wydania FOTO, które pozwalało sobie na zapuszczanie się w „nietaktowne” rejony fotografii a przy tym uniemożliwiało kretyńskie dyskusje na forach, prowadzone i tak przez tych, którzy nie mieli nic do powiedzenia, bo co co mają siedzą i fotografują.

Doskonale radzono sobie też z podziałem fotografia – sprzęt fotograficzny. Układ czasopisma zmieniał się na przestrzeni lat i raz zaczynało się lekturę od sprzętu a raz od relacji z wystaw. Niemniej znaleźli złoty środek pomiędzy jednym a drugim. Dziś o fotografii jest może 20% wszystkich treści. Reszta to recenzje sprzętowe i artykuły sponsorowane 🙂

 

Ok, pomarudziłem sobie, to następny post będzie bardziej optymistyczny 🙂

 

 

 

 

*wstaw sobie inne modne słowo, bo to zaraz zniknie.

 

Dżihad maszynowy i przekaźnik masy

Dawno nie czytałem nic z gatunku „space opera”.

W zasadzie bardzo dawno. Ostatnimi czasy raczej krążę gdzieś w okolicach Zony, wszelkiej maści stalkerskich klimatów i steam punka. Na „Skokowca” chwilę polowałem, bo akurat gdy naszła mnie ochota na czytanie to nakłady się wyczerpały. Jednak mam, w końcu mam całą trylogię. Już na dzień dobry uderzyło mnie pewne podobieństwo do kilku tytułów, które czytałem dawno, dawno temu. Zacznijmy od początku.

Księstwa, tytuły szlacheckie, swoiste gildie, Bene Gesserit, melanż, sposób komunikacji i Dżihad Butleriański. Galaktyka wyniszczona walką z maszynami, które dopiero po 600 latach wróciły do łask ale konstruowanie jakichkolwiek myślących bytów obwarowane jest surowymi restrykcjami. Brzmi to niczym zapis z Biblii Protestancko – Katolickiej, zakazującej budowania rozumnych maszyn. Gdy jedna z bohaterek idzie poddać się badaniu na zdolności paranormalne, mam wrażenie, że przybyła do Zgromadzenia Żeńskiego. Podróże międzygwiezdne zaś umożliwia pozyskiwana tylko na jednej planecie substancja.

Idąc dalej natrafiamy na znane z Neuromancera decki. Brakuje tylko gibsonowskich opisów halucynacji matrycy doświadczanej każdego dnia przez miliony ludzi na całym świecie. Sorry, w całej Wypalonej Galaktyce. Na deser Mass Effect. Sondy umożliwiające podróż przez Głębię, wyglądają trochę jak przekaźniki masy 😉

Lem to nie tylko nazwisko jednej z postaci, które pojawiają się w książce. Autor „Głębi” sięgnął do „Głosu Pana” i uniemożliwił kontakt z Obcymi. O ile Star Wars, Mass Effect to typowa opera, gdzie z „ufokami” można się dogadać, współpracować i nie tylko, tak w wizji Lema jest to niemożliwe. Chodzi o sposób postrzegania świata, rzeczywistości. Już sam fakt niemożności widzenia w sposób typowy dla gatunku homo sapiens, zaburza podstawowe pojęcia. Takie jak „światło” czy „ciemność”. jak bowiem gatunek widzący a bo ja wiem? Energię, może albo sam będący energią, postrzegać świat tak jak my?

Nie mam pojęcia czy autor świadomie wprowadził wszystkie te elementy do swojej książki. Przyznaję, że przez dobrych kilka rozdziałów czułem pewne…rozerwanie. Bardziej Diuna czy Efekt Masy? Do tego dochodzi dość niewyraźny główny bohater, dowódca naszego „skokowca”. Natarczywe uczucie, że ktoś powinien nazywać się Atryda wraca za każdym razem gdy mowa o zamkach i rodzinnych flotach. Gdy jednak mija -tak po pierwszych 3 rozdziałach – mamy bardzo dobrą książkę, która mocno wciąga. Z drugiej strony wszystko co napisałem powyżej to zwykłe czepialstwo. Ostatecznie, znaczna część pisarzy fantasy pełnymi garściami czerpie z tolkienowskiego dorobku i nikt nie zwraca na to uwagi. Nie ważne czy Poldewski świadomie czy nie dobierał klocki do tej powieści, ważne że wyszła z tego solidna, wciągają pozycja, która na 100% zabierze mi kilka dni a  świadomość, że leży na półce skutecznie odciąga uwagę od pracy 🙂

50 lat z fotografią Andrzeja Baturo

14 marca 2014 roku w Bielskiej galerii BWA miał miejsce wernisaż zorganizowany z okazji 50 rocznicy związku Andrzeja Baturo z fotografią. Długo.

Pan Andrzej zmarł 9 czerwca 2017 roku a dziś, właśnie w momencie gdy pojawia się ten wpis zaczyna się uroczystość pogrzebowa. Cóż. Była to dość nieoczekiwana informacja. Miałem to szczęście, że mogłem być na wspomnianym wernisażu, zrobić kilka fotografii a przede wszystkim posłuchać jego historii. I z tymiż fotografiami Was zostawiam.

Sopel.

Przygranicze to dobre miejsce na lato.

O ile chłód i wieczny śnieg są dla Was milsze od lazurowego morza i plaży. Trzeba jednak wam wiedzieć, że Jewgienij Maksymowicz Apostoł to postać ciekawsza niż Sopel. 

Nie wiem jaka była kolejność wydawania ale mam wrażenie, że „Lodowa Cytadela” była pierwsza. W każdym razie, schemat został powielony. Bohatera chcą stuknąć i nikt nie wie za co. Jakby nie było, jasnowidz Jewgienij wychodzi lepiej w tym zestawieniu niż patologiczny Sopel. Cytadela to książka przygodowa, gdzie nasz bohater, który za bronią nie przepada musi poradzić sobie z faktem, że ktoś postanowił wysłać go na tamten świat. Ratuje się ucieczką, znajomościami, szperaniem na mieście i próbuje wszystko sprzedać. Jego znajomek zaś zarzyna ludzi bez większego namysłu. Autor nie miał pomysłu na rozwiązanie, koneksje, dialogi? Opiszmy jak świr z bagnetem patroszy kolejnego draba. Facet po prostu pcha się w tarapaty i jakimś cudem zeń wychodzi. Najczęściej „nadludzkim wysiłkiem” a tylko do połowy powieści zabija więcej osób niż John Wick. Koloryzuję, ale niewiele. Niezwykła jest też odporność tego typa na obrażenia. Praktycznie co chwila jest na coś chory, postrzelony albo ranny a mimo to jeszcze zabija kilka osób… no szacun. Odnosi się wrażenie, że facet nic nie potrafi, ratuje się przypadkiem a jednocześnie morduje doświadczonych wojaków z reguły mających przewagę liczebną.

Świat „Przygranicza” jest dość trafionym pomysłem. Oczywiście widać tutaj silną inspirację bardzo modnym S.T.A.L.K.E.R i Zoną. Miejsce akcji to kilka wsi i miast wyrwanych z naszej rzeczywistości i przeniesionych w pobliże jakowejś granicy pomiędzy naszym światem a tym nie opisanym. Panuje tu ziąb, wieczny mróz, na ludzi napadają fantastyczne zwierzęta, których nikt nie ma ochoty szukać a reszta to Zona, tyle że wymieszana z magią. Ogólnie: zagrałbym w dobrą grę opartą na tym uniwersum.

Ot, całkiem fajne czytadło jeśli akurat nie masz nic innego i lubisz bezrefleksyjną młóckę na zasadzie „zabili go i uciekł”. Cóż, nie każda książka jest genialna. Jeśli potrzebujesz czegoś lekkiego gdzie ludzie dziurawią się nawzajem bez konkretnego powodu – przeczytaj Sopla. Przygody Jewgienija zaś zdecydowanie polecam każdemu 🙂